Jan Paweł II

Czy tam na wschodzie są jeszcze jakieś brylanty? – Janowi Pawłowi II – dedykuję

 

Z pontyfikatu Jana Pawła II

  • Z pontyfikatu Jana Pawła II – wspomnienia
  • Recenzje filmów fabularnych o Janie Pawle II
  • Karol. Człowiek, który został papieżem – Z dalekiego kraju
  • Karol – papież, który pozostał człowiekiem

 

 

 

Z pontyfikatu Jana Pawła II – wspomnienia

„Obyś żył wiecznie tak jak Polska”.  – O. Marek Mularczyk OMI

Jedna ze środowych audiencji

Był rok 1984 Ojciec Święty wrócił właśnie z papieskiej pielgrzymki z Kanady.

Jak to miał w zwyczaju, w czasie środowej audiencji na placu św. Piotra podchodził do zgromadzonych tam wiernych udzielając im papieskiego błogosławieństwa.

Kiedy był już blisko mnie trochę przejęty wypowiedziałem do Niego słowa, „Obyś żył wiecznie, tak jak Polska”.

Obydwu nam leżało na sercu uwolnienie naszego narodu od komunistycznego zniewolenia.

Wzruszył się bardzo Jan Paweł II.

W zamian udzielił mi papieskiego błogosławieństwa.

Od tego czasu czułem szczególną więź z tym człowiekiem, biskupem Rzymu…

 

 

 

Opowieść o brylantach

W czasie mojego pobytu w Italii pewnego razu zapytano mnie, czy tam na wschodzie, bo takim mianem określano Polskę, są jeszcze jakiś brylanty.

Domyślałem się, że mają na myśli, te na podobieństwo Karola Wojtyły.

Odpowiadałem, że jest ich wiele, trzeba im tylko dać szansę rozwoju.

 

 

 

Czytanie z listu Ojca Świętego do Rzymian

Miało to miejsce w czasie mszy świętej odprawianej przez Jana Pawła II w Castel Gandolfo.

Poproszono mnie o przeczytanie pierwszej lektury.

Na ten dzień przypadał tekst z listu Pawła apostoła do Rzymian.

Byłem tak przejęty, że zamiast przeczytać czytanie z listu Pawła do Rzymian przeczytałem, czytanie z listu Ojca świętego do Rzymian.

Karol Wojtyła uśmiechnął się serdecznie mówiąc, że do Rzymian tekstu o charakterze kanonicznym jeszcze nie napisał.

 

 

 

Pochód pierwszomajowy, Legnica połowa lat 70 – tych

W latach szkoły średniej, w czasie pochodu pierwszomajowego, a była to połowa lat 70-tych wrzasnąłem z całych sił, „Śmierć komunie”.

Pamiętam do dzisiaj ten widok.

Cała trybuna honorowa zatrzęsła się ze złości.

Przypomniałem sobie to zdarzenie, kiedy Jan Paweł II w czasie pierwszej wizyty w Polsce wezwał mocy Bożej słowami „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”.

Pomyślałem sobie wtedy, że właściwie to powiedzieliśmy to samo, tylko trochę innymi słowami i w nieco, no niech będzie zdecydowanie innej formie.

Zgadzacie się ze mną.

 

 

 

Błogosławieństwo Urbi et orbi w języku malgaskim

Często słuchałem błogosławieństwa papieskiego Urbi et orbi.

Zawsze jednak doznawałem pewnego niedosytu i byłem nieco rozczarowany.

Zadawałem sobie pytanie, dlaczego i tym razem w wymowie niektórych pozdrowień pojawiały się błędy, a przede wszystkim w wymowie błogosławieństwa w języku malgaskim.

Spędziłem kilka lat na Madagaskarze i wiem, w jaki sposób wymawiać to pozdrowienie.

Nie winię za ten błąd Jana Pawła II.

Ale zapytuję, dlaczego w otoczeniu Jana Pawła II nie znalazł się nikt, kto podałby mu prawidłową wymowę tego i innych pozdrowień?

A wysłałem kiedyś na ręce jego sekretarza tekst z poprawną formą wymowy tego zwrotu.

I co?

I nic.

Skutek żaden.

Zapytuję, dlaczego?

„Dlaczego nikt nigdy temu człowiekowi perfekcjoniście z natury, a tytanowi pracy z powołania nie podał poprawnej wymowy tekstu tego błogosławieństwa?

Dlaczego Karol Wojtyła tkwił w samotności i opuszczeniu?”

 

 

 

Pocałunek. W odpowiedzi Red. Januszowi Poniewieskiemu z „Tygodnika Powszechnego”.

Po raz pierwszy wylądowałem w Hong Kongu w kwietniu roku 1992.

Byłem wtedy w drodze do Szanghaju.

Od biskupa tej diecezji otrzymałem zaproszenie do uczestnictwa w rekolekcjach organizowanych w Sanktuarium Maryjnym w Sze – Szan.

Po wyjściu z samolotu upewniwszy się, że jestem już na terenie Chin Kontynentalnych na Kawloon, na podobieństwo Jana Pawła II przy przywitaniu odwiedzanego kraju ukląkłem i ucałowałem ziemię.

Podobnie uczyniłem miesiąc później wyjeżdżając z Szanghaju.

Przywitanie chińskiej ziemi w Hong Kongu było moim osobistym gestem, w Szanghaju w zastępstwie Jana Pawła II.

Coś mi mówiło, że do Chin Kontynentalnych nie będzie mu dane wjechać.

I dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że w obydwu przypadkach, w Hong Kongu na znak przywitania z tym miastem i przy pożegnaniu przed odlotem z Szanghaju ucałowałem betonową płytę.

 

 

 

Z księgi proroka Amosa

Dni, w których odszedł od nas Jan Paweł II przypominały te, o których mówił i które przepowiadał prorok Amos, że w pewnym czasie Bóg wzbudzi na ziemi jak nigdy przedtem i jak nigdy później już to nie nastąpi głód słuchania słowa Bożego.

Był to czas, w którym nawet portale internetowe o charakterze świeckim, Najświętszą Ofiarę nazywały już nie tylko mszą, ale również i świętą i nie starczało czasu, aby zapoznać się ze wszystkimi napływającymi do nas informacjami i ogarnąć je.

Prześcigano się w nadawaniu pontyfikatowi Jana Pawła II coraz to doskonalszego określenia.

Wyróżniam jeden, z gazety, którą czytam od ósmego roku życia, z „Przeglądu Sportowego”.

„Przegląd Sportowy” napisał, że pontyfikat Jana Pawła II, to ćwierćwiecze, był to czas, w którym byliśmy lepsi nawet od nas samych.

Wyróżniam jeszcze jeden, ze strony internetowej KS. Zagłębie Lubiń.

„Gdyby po odejściu od nas kogoś bliskiego, stosownie do jego zasług należałoby zamilknąć, tym razem musielibyśmy zamilknąć na zawsze”.

 

 

 

A teraz coś ode mnie

Chciałbym podziękować Bogu za to, że dał nam kogoś takiego jak Karol Wojtyła.

Kapłana, który przeszedł przez życie zachowując się jak prawdziwy mężczyzna.

Nie wybrał drogi łatwiejszej, którą określam, jako droga tzw. cierpiącego posłańca Bożego. ,

A więc tego kogoś, kto użala się jedynie na zło świata, przeciwności losu i któremu wszystko przeszkadza i inni są winni jego niepowodzeniom.

Chciałbym podziękować Bogu za kapłana, którego mowa, sposób zachowania i bycia, na co dzień nie wynikały z mechanizmów samoobronnych.

Chciałbym podziękować Bogu za kogoś, kto jak to miał w zwyczaju, zanim zjechał na nartach z góry, przedtem o własnych siłach na tę górę wszedł.

Odszedł od nas Boży atleta ten, który już samą sylwetką i tężyzną fizyczną przypominał rzymskiego żołnierza.

A swoją drogą najpiękniejsze w treści kondolencje pojawiały się na sportowych stronach internetowych, zasługiwał na to Boży Atleta.

 

 

 

Boży atleta

Kiedy po wyborze na Stolicę Piotrową po raz pierwszy ukazał się światu, jak napisze Adam Boniecki w „Tygodniku Powszechnym”, sprawiał wrażenie, jakby kapitanem Łodzi Piotrowej był od zawsze.

 

 

 

CNN i wiadomość o śmierci Jana Pawła II

Zastanawia mnie, dlaczego w kilka minut po śmierci Karola Wojtyły, a jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem jego zgonu, stacja CNN, nadała program o ewentualnych następcach Jana Pawła II.

Zbyt wiele wiem o sposobach zdobywania przez agencje informacyjne najnowszych wiadomości, aby i w tym przypadku uwierzyć w zbieg okoliczności.

Nie wiem, czy program ten był już przedtem na antenie CNN emitowany.

Nie ma to znaczenia.

Zastanawia mnie tylko czas nadania tego programu; była godzina dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć.

Dało mi również do myślenia powaga słów dziennikarki podającej tę wiadomość i wymowna chwila milczenia po jej zakończeniu.

Już wtedy wiedziałem, że Karol Wojtyła zmarł.

Czyżby powtórka serialu; „Myśmy byli tu pierwsi…”.

 

 

 

Joseph Ratzinger nowym papieżem

Z wielkim zadowoleniem przyjąłem wybór kar. Ratzingera na kolejnego papieża.

Jako misjonarz, odbieram ten wybór, chociaż jest to opinia być może nieco nieteologiczna, również, jako dziękczynienie Boga, za zaangażowanie się Kościoła Bawarii w dzieło ewangelizacji świata.

Wierzę również, że przyczyni się do ożywienia Kościoła w samych Niemczech.

 

 

 

kard. Joseph Ratzinger nowym papieżem, raz jeszcze

Wielokrotnie zapytywałem braci Niemców, dlaczego tak bardzo są zaangażowani w dzieło misyjne Kościoła.

Odpowiadali, że chcieliby tą drogą zadośćuczynić światu, za zbrodnie popełnione przez ich naród w czasie II wojny światowej.

 

 

 

Karol Wojtyła realizuje swoje powołanie kapłańskie w ramach życia zakonnego

Pewnego razu czytałem bardzo trafną opinię o Karolu Wojtyle.

Autor wydaje się dobrze znający realia życia zakonnego pisze, że bardzo dobrze się stało, iż Karol Wojtyła nie stał się karmelitą bosym, ani jakimkolwiek innym zakonnikiem, ale kapłanem diecezjalnym i jako wybitny intelektualista mógł tym sposobem zrealizować swoje rzadko spotykane i nieprzeciętne zdolności oraz ukazany mógł być światu i wykorzystany jego geniusz przywódczy.

Bo, jak pisze autor, gdyby Karol Wojtyła zdecydował się na realizowanie swojego powołania na drodze życia zakonnego, przypuszczalnie jako czterdziestolatek umarłby na wylew, albo skończył na furcie jako brat zakonny.

Niestety, ciągle jeszcze w tzw. wspólnotach życia zakonnego obowiązuje teoria i zasada, że nie będziesz się ponad nas wychylał.

 

 

 

 

 

Recenzje filmów fabularnych o Janie Pawle II

Karol. Człowiek, który został papieżem – Z dalekiego kraju

Nareszcie wczoraj obejrzałem film „Karol. Człowiek, który został papieżem”. Jestem naprawdę pod wrażeniem.

Teraz rozumiem dlaczego rodzimi filmowcy nie wygrywają międzynarodowych festiwali, ani też nie zdobywają nagród na prestiżowych pokazach filmowych.

Podziwiałem odwagę scenarzysty jak i reżysera w ukazaniu całej prawdy biografii życia Karola Wojtyły.

Wydaje mi się, że rodzimi filmowcy, albo ominęliby kilka epizodów z jego życia, albo przedstawili w zupełnie innym świetle.

Mam tu na myśli przede wszystkim ukazanie uczucia Karola Wojtyły do Hani, zanim w pełni poczuł on i rozpoznał powołanie do kapłaństwa jak również i jego rozmów prowadzonych z kardynałem Wyszyńskim, czy to w urzędach prymasowskich, czy też podczas konklawe i powstałoby wtedy śmiem twierdzić niestety dzieło bez wyrazu, film coś w rodzaju i na podobieństwo kolejnej laurki, obraz cukierkowaty, że aż mdli.

Pisząc recenzję, czy też kilka słów oceny tej produkcji chciałbym zwrócić uwagę na dwa moim zdaniem kluczowe i przełomowe momenty w tym filmie.

Ujmuje przede wszystkim bardzo wyraziście i klarownie ukazane działanie w rzeczywistym świecie tzw. Bożej pedagogii jak i Bożej Opatrzności.

Widoczna ona jest w bardzo sprawnie zrobionej scenie łapanki na ulicy, w konsekwencji której w świadomości Karola Wojtyły obudzi się powołanie do służby Bożej i do kapłaństwa.

Zresztą sam Karol Wojtyła w swoich wspomnieniach pisze, że często w czasie okupacji omijały go wszelakie niebezpieczne sytuacje i ze wszystkich zagrożeń wychodził bez szwanku i przyznaje, że dawało to jemu wiele do myślenia.

I druga scena, która zwróciła moją uwagę to scena rozstrzelania przyjaciela Karola Wojtyły, księdza Tomasza i w konsekwencji ta następna, kiedy to sam Karol Wojtyła idąc do pracy w kamieniołomach dowiaduje się o tym fakcie z umieszczonej na murze klepsydry.

Ktoś, a jest to kapłan katolicki oddaje życie w obronie, czy też na świadectwo prawdziwości Bożej prawdy i do kogoś innego w tym czasie dochodzi głos Boży powołujący go do kontynuowania Bożego dzieła i dawania o nim świadectwa.

Bardzo wymownie i w tej scenie jest ukazane działanie Bożej pedagogii i Bożej Opatrzności. Bogu się nie śpieszy, Bóg zna i ma swój czas na zniszczenie zła i na zapanowanie nad nim, Bóg ma swój czas zbawiania świata i Bóg w swoim działaniu jest i prawy i konsekwentny.

Czynić to będzie poprzez wybranych i powołanych do tego dzieła ludzi.

Bardzo sprawnie i trafnie ukazany jest taki sposób działania Boga w obrazie odchodzącego w dal Karola Wojtyły, przyszłego zastępcy Chrystusa na ziemi i następcy św. Piotra apostoła.

 

Podsumowując.

Film ten jest już w samej swojej naturze przejmujący i odbieram go jako bardzo prawdziwy obraz i wierne odzwierciedlenie swojej epoki, jest ponadto autentyczny i naturalny w swojej formie i wyrazie.

Znakomita obsada aktorska, genialnie zagrane role przez wszystkich prawie aktorów, być może tylko z wyjątkiem aktorki odtwarzającej rolę Hani, która to postać wydaje się być nieco skrępowana i stremowana obecnością przed kamerą.

Zresztą zdaje się, że kreująca tę postać osoba jest jeszcze w trakcie studiów aktorskich.

A oglądając ten film myślałem jeszcze i o tym, w czym tkwi moje podobieństwo do Karola Wojtyły, wszak i ja przed rozpoczęciem nauki w Seminarium Duchownym i zanim jeszcze Karol Wojtyła wybrany został na następcę św. Piotra pracowałem w kamieniołomach.

Otóż po obejrzeniu tego filmu dochodzę do wniosku, ze nasze podobieństwo jest bardzo prozaiczne i zawiera się w tym, że i ja pracując w kamieniołomach podobnie jak on czytałem książki, z tym, że Karol Wojtyła czytał je w przerwach na posiłek, a ja przeważnie w czasie pracy.

Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze i na inny epizod z tego filmu.

Otóż przez okres dwóch pierwszych tygodni września pamiętnego roku wybuchu drugiej wojny światowej, prawda historyczna mówi, że w przeciwieństwie do kilku scen w tym filmie, w których tłumy uciekających przed wrogą i najezdną niemiecką armią przedstawiane są jako idące w błocie i strugach deszczu długie kolumny wygnanych pielgrzymów, w rzeczywistości w tym czasie ani jedna kropla deszczu nie spadła na polską ziemię.

Przez cały ten czas świeciło słońce, odsłaniając niebiańską przestrzeń i poddając naszą ziemię mocy złowrogich niszczycielskich bomb i zdawało się jakoby niebo w tym czasie wydawało Hiobowy wyrok na naszą ojczyznę, ojczyznę przyszłego papieża Jana Pawła II i na niego samego.

Bóg zdawał się w tych dniach mówić do szatana i wydawać na niego wyrok na podobieństwo słów jak napisane jest w księdze Hioba: Oto wydaję ci ten naród i jego samego, życie tylko jemu zachowaj. I tak ich nie pokonasz, zdawał się mówić i wyrokować Bóg.

A swoją drogą, bo zawsze lubię przy okazji pisania recenzji filmowych „przywalić” rodzimym filmowcom, zastanawia mnie, gdyby było to dzieło produkcji gwiazdora kinowego kiczu Krzysztofa Zanussiego, która z postaci w tym filmie, jak ma on to w zwyczaju definiować czując się osaczoną, pogrążoną i opuszczoną i nie widząc możliwości wyjścia z trudnej sytuacji, czy też operując pojęciem samego reżysera, będąca w sytuacji bez wyjścia, a są to epizody u Zanussiego niemalże obowiązujące, pod koniec filmu popełniłaby samobójstwo.

Śmiem twierdzić, że tym razem prawdopodobnie padłoby na odtwarzającego postać pracownika urzędu bezpieczeństwa Juliana Kordka, zresztą podkreślam rolę genialnie zagraną przez Hristo Shopova, tego samego aktora, który przedtem w „Pasji” zagrał Poncjusza Piłata.

No, no, świat ma zdolnych ludzi filmu, a mi ten świat zawsze bardzo się podobał i coś mnie do niego i to już od najmłodszych lat pociągało…

Czy byłbym dobrym recenzentem filmowym?

Właśnie niedawno napisałem scenariusz filmowy.

Zastanawiam się tylko komu mógłbym powierzyć zrealizowanie tej pracy.

Czy podjął by się tego mój przyjaciel z dalekiej Australii twórca „Pasji” Mel Gibson, czy też Olgierd Łukaszewicz, a może Andrzej Seweryn…?

 

 

 

 

 

„Karol – papież, który pozostał człowiekiem”.  

„Obyś żył wiecznie tak jak Polska”.

W dzień imienin Karola Wojtyły, obejrzałem kolejny film traktujący o jego Pontyfikacie.

I znowu jak w przypadku pierwszej ekranizacji tego samego reżysera „Karol, człowiek, który został papieżem”, nie zawiodłem się na twórcach tego filmu.

Wydawać by się mogło, że możemy czuć się już nieco znużeni powracającym nieustannie tematem Pontyfikatu Jana Pawła II.

Kiedy jednak wsłuchiwać się będziemy dokładnie w każde słowo nauczania naszego rodaka i analizować dzień po dniu przebieg tego Pontyfikatu, który to za jego przyczyną stał się, musimy przyznać jednym z najbardziej pasjonujących okresów w dziejach ludzkości i Kościoła, przyznamy, że czas ten można przyrównać jedynie do „bogactwa obfitości studni jakby bez dna”, albo też „źródła krystalicznej i życiodajnej, wartko płynącej wody”.

Pontyfikat to, przyznać musimy w całej swojej formie przedziwny.

Pontyfikat, który zapoczątkowały bardzo wyważone i ostrożne słowa samego jego głównego bohatera: „Zostałem wezwany z dalekiej krainy”.

Słowa, które brzmią – odnoszę wrażenie – jako pewnego rodzaju nieśmiałe wyjaśnienie woli Bożej oraz uwiarygodnienie decyzji kolegium kardynalskiego.

I kolejne następujące po nim inne wezwanie, już bardziej odważne i stanowcze, które stanowi jednocześnie credo jego całego Pontyfikatu: „Nie lękajcie się Chrystusa”.

Pontyfikat, który u samego początku miał już pewien konkretny program i sens.

Pontyfikat, którego założenia każdego dnia konsekwentnie i umiejętnie realizowano, a owoce, którego były mądrze pomnażane.

Był to czas, któremu nie oszczędzono niczego.

Było w nim miejsce na radość i smutek, nadzieję oczekiwania i po jego kolejnych, papieskich wizytach w naszej ojczyźnie bolesne rozstania.

Przeżywana i śledzona w trwodze próba zamachu na jego życie, z jednoczesnym wznoszeniem próśb do Boga o jego ocalenie.

Czy też z utęsknieniem oczekiwane za jego staraniem upragnione uwolnienie naszego narodu z komunistycznego zniewolenia.

I wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że stało się to mocą wezwania jego słów: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”.

To on, Karol Wojtyła dodał nam odwagi.

I to nie, kto inny jak też tylko on rzucił światu wyzwanie, aby świat zechciał poznać i pokochać Jezusa i otworzyć się całym sercem na Ewangelię.

Podobnie jak w samym Pontyfikacie, tak również jest i w tym filmie.

Film na podobieństwo Pontyfikatu Jana Pawła II też ma jakiś plan i kształt.

Już na samym początku tej ekranizacji wprowadzeni jesteśmy, poprzez anons postaci w pewien porządek chronologiczny i atmosferę filmu.

Śledzić będziemy wplecione i powiązane równocześnie z życiowymi losami Karola Wojtyły, pewne epizody z życia innych postaci Kościoła.

A więc ukazana będzie nam: bohaterska postać biskupa Romero i jego męczeńska śmierć, posługująca opuszczonym, biednym i bezdomnym Matka Teresa z Kalkuty, walczący o godność polskich robotników pod sztandarami „Solidarności” ks. Jerzy Popiełuszko, oraz postać Don Tomaso, biskupa Ugandy i jego działalność na polu społeczno-ewangelizacyjnym.

I oto już pierwsze ujęcia zapowiadają niezły film, powiedziałbym nawet niezły dramat.

A wytrawny kinoman, po tym szaleńczym wstępie, może już tylko zadawać sobie pytanie, czy twórcy będą w stanie utrzymać nadane przez nich samych tempo akcji, aż do samego końca filmu.

Czy i jakim sposobem ogarną wszystkie zaanonsowane na samym początku wątki i czy sprostają temu wyzwaniu?

A czy sztuka ta im się udała?

Wydaje mi się, że tak.

Ale po to, aby uzasadnić moją opinię, proponuję jak mam to w zwyczaju, przeanalizować akcję tego filmu od początku, aż do samego jej końca.

Tak jak wyśmienity jest anons tego filmu, tak niestety razi nieco nieporadna dykcja głównego aktora na samym jego wstępie.

Mowa jego jest za mało wyrazista, brak w niej ekspresji i głębi.

I dzieje się tak niestety właśnie wtedy, kiedy Karol Wojtyła, kieruje do tłumu pierwsze słowa wtedy, kiedy chce się zaprzyjaźnić z tłumem, zyskać jego sympatię i akceptację.

Mowa jego, płynąca z ekranu w tym momencie sprawia wrażenie niestety „nieco klepanej”.

Wydaje mi się, że w tej kwestii można by ten element dopracować.

Nie jest to oczywiście wina samego aktora, bo głosowi można przecież nadać bardziej wyraziste brzmienie poprzez mastering dźwięku w samym studio.

Podobnie jest z podkładem głosu Matki Teresy z Kalkuty.

Znałem Matkę Teresę bardzo dobrze, byliśmy przyjaciółmi.

Barwa głosu Matki Teresy była bardzo młodzieńcza, wręcz dziewczęca.

W filmie natomiast głos świętej posługiwaczki biednych z Kalkuty jest chropowaty i nieatrakcyjny, po prostu bez wyrazu.

Ale jest to niestety niepokonywalny stereotyp w myśleniu tych, którzy tworzą i piszą o ludziach Kościoła.

Są oni, ci twórcy, co prawda blisko Kościoła, tego nie neguję i chcą oni dla Kościoła jak najlepiej i w to też wierzę i wyrażam im za to moje uznanie i wdzięczność, ale chyba nie do końca ducha Kościoła rozumieją.

Wydaje im się, że ten ktoś, kto pracuje na rzecz biednych, on sam musi być, czy też powinien być, zgięty w pół, chodzić ciągle ze spuszczoną głową, być życiowym nieudacznikiem i nieustannie przepraszać otoczenie za to, że żyje.

A wcale tak nie jest, a wręcz przeciwnie.

Pamiętajmy, że Matka Teresa była osobą niezwykle energiczną i zapobiegliwą.

Wiedzmy również i o tym, że zanim wstąpiła do zakonu, ukończyła studia wyższe i przez pewien okres czasu pracowała w szkole jako nauczycielka geografii.

Ale za to bardzo wymownie w filmie, przedstawiona jest scena jej odejścia z tego świata.

Niejako tą samą drogą, którą szła i która prowadziła ją w odnajdywaniu biednych, zapomnianych i opuszczonych, w podziękowaniu za jej ziemski trud, tą samą drogą przyszedł po nią wysłannik z nieba.

Bardzo dobrze są również ukazane pewne cechy charakteru samego Karola Wojtyły, takie jak jego niezłomność, bezkompromisowość i konsekwentne realizowanie raz zamierzonego i wyznaczonego sobie celu.

Wydaje mi się, że doprawdy za zrządzeniem opatrzności Bożej stało się, iż pierwsza pielgrzymka papieska przypadała właśnie do Meksyku, kraju samego w sobie ogarniętego beznamiętną biedą, a sfer nim rządzących opętanych szaleńczą wprost nienawiścią do Kościoła.

Pamiętajmy, że w tamtych latach obowiązywał w tym kraju oficjalny zakaz noszenie sutann i strojów zakonnych.

Karol Wojtyła postanowił jednak wbrew wszystkim i wszystkiemu zrealizować zaproszenie tamtejszego Episkopatu i pojechać z pielgrzymką do Meksyku.

Zapytuję, zatem, czy film ten, traktujący o Pontyfikacie Jana Pawła II formą swoją nie przypomina klasycznego westernu, w którym to gatunku kinematograficznym widz już na samym początku projekcji, wprowadzony jest w akcję i ukazane jest jemu w sposób jednoznaczny, kto tutaj rządzi.

A więc główny bohater, koniecznie najlepszy strzelec w okolicy i ci źli panowie, obowiązkowo na pierwszym ujęciu kamery ukazani po lewej stronie ekranu, czy też po prawej, doprawdy już nie pamiętam, ale jest to klasyczna reguła westernu, tak dawno temu oglądałem western i uleciało to już mojej pamięci, no i koniecznie pod koniec filmu, on główny bohater filmu, tych złych ludzi musi zastrzelić.

Niekiedy jeszcze w nagrodę otrzymuje pojawiającą się w epizodach filmu niewiastę, która co kilka chwil wygląda przez okno spoglądając z utęsknieniem i wyczekując, czy on, główny bohater, szeryf i ten, dla którego bije jej serce już do niej wraca.

W tym filmie akurat nie było potrzeby przywoływać tego wątku, chociaż wizyta w Watykanie pierwszej miłości Karola Wojtyły-Hani w jakiś sposób regułę tę dopełnia i w potencjalny sposób rekompensuje.

Zatem, już na samym początku tego filmu, na podobieństwo jak w klasycznej opowieści o bohaterskim i niezłomnym szeryfie, wiemy, kto jest, kto i z kim mamy do czynienia.

I wracając do samego filmu, to właśnie tam w Meksyku, w czasie swojej pierwszej papieskiej pielgrzymki Karol Wojtyła nada wymiar swojemu Pontyfikatowi.

Jako następca św. Piotra i głowa Kościoła Katolickiego będzie do końca konsekwentny w swoich żądaniach wobec poszanowania praw, jakie przysługują rdzennym mieszkańcom tej meksykańskiej ziemi.

I tak będzie w kolejnych latach jego posługi.

Zawsze do końca konsekwentny, nie ugnie się przed nikim, nie ulegnie żadnej presji i nie wycofa się z raz obranej i wyznaczonej sobie drogi.

Pamiętam, moi koledzy ze studiów, Meksykanie byli Karolowi Wojtyle za ten gest bardzo wdzięczni, jak również i pełni podziwu i uznania dla jego odwagi.

Jest to scena wydaje mi się bardzo ważna, szczególnie ze względu na ludzi młodych oglądających ten film.

My wiemy, jakim człowiekiem był Jan Paweł II, oni nie pamiętają tamtych lat.

Film, zatem im to uzmysławia.

W ciekawy sposób ukazywane są również rozmowy Jana Pawła II ze swoim najbliższym współpracownikiem, sekretarzem stanu Agostino Casarollim i od razu muszę wyróżnić wspaniałą kreację w tej roli, Alberto Cracco.

I muszę przyznać bez żadnego skrępowania, że daje mi wiele do myślenia sposób realizowania tych scen.

Zastanawia mnie, dlaczego w czasie tych rozmów Karol Wojtyła jest wyprostowany i śmiało spogląda w oczy swojego interlokutora.

Formułuje on swoje myśli w sposób jasny, prosty i zrozumiały, podczas gdy Sekretarz Stanu błądzi, gubiąc wzrok i unika spojrzenia papieża.

Spuszcza oczy, miotając się i kuląc sam w sobie.

Jaki jest tego powód i jaka jest tego przyczyna?

Przypadek, czy też sposób realizacji zamierzony?

Zastanawia mnie to, a ponieważ na tym poziomie produkcji przypadków nie ma, zatem scena ta ma swoją wymowę i zawiera pewne przesłanie.

Zapytuję, zatem, jakie?

Ale o tym w następnej części komentarza.

Bardzo umiejętnie ukazany jest w tym filmie wątek niedoszłego zabójcy człowieka w bieli, Ali Agcy, jak również cały proces doprowadzenia go do próby zamachu na życie papieża.

I znów doskonała kreacja, będzie tych kreacji więcej, ale o tym później, grecko-włoskiego aktora z pochodzenia Alkisa Zanisa.

Co zwraca moją uwagę, to bardzo umiejętnie sprawnie i starannie, powoli kreślony portret psychologiczny niedoszłego zabójcy papieża.

A więc, do czasu, kiedy Ali Agca składa pistolet, (celowo nie używam określenia broń, bo broń służy do celów obronnych), którym to pistoletem ma zadać śmierć człowiekowi w bieli, Ali Agca do tego momentu ukazywany jest na ekranie raczej w krótkich i ciętych ujęciach, a dopiero wtedy, kiedy złoży on już swój pistolet i kiedy trzymać go będzie w dłoni, a więc wtedy, kiedy on sam z narzędziem niosącym śmierć tworzyć będą już jedno i będzie on z tym narzędziem utożsamiany, dopiero wtedy jego twarz ukazana jest/będzie na długim ujęciu.

Co takim sposobem kręcenia tych scen chcą nam powiedzieć twórcy tego filmu?

Wydaje mi się, że odpowiedź zawarta jest w słowach-oto portret mordercy.

I nie jest on, Ali Agca doprawdy nikim więcej jak tylko zabójcą i chyba takim już pozostanie.

Zauważamy to zresztą w rozmowie, w dwa lata później, kiedy to spotkali się oni dwaj w jego więziennej celi, Karol Wojtyla i Ali Agca.

I znowu w tym momencie muszę niestety zwrócić uwagę na kolejne niedociągnięcie w charakteryzacji.

Panowie realizatorzy, na miłość Boską, przecież Ali Agca przy tej okazji nie był ubrany w sweter koloru granatowego, ale jasnego błękitu.

Przecież w tamtych latach, w każdym prawie polskim mieszkaniu, zdjęcie to było zatknięte za ramy obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Przynajmniej tak było w moim domu.

Poza tym nie miał butów marki Nike, ale chyba jakieś tam Adidaso-podobne.

I wracając do toku myślowego recenzji, sam Ali Agca w czasie rozmowy dziwi się, że kula chybiła celu.

Prosi, co prawda o wybaczenie, ale jednocześnie obawia się zemsty ze strony tej, której Karol Wojtyła zawierzył swój Pontyfikat.

Widzimy zatem na jakim poziomie intelektu jest ten człowiek.

No i przy tej okazji, ponieważ analizuję wątek zamachu, znowu muszę zwrócić uwagę na kolejną nieścisłość i niedociągnięcie.

We Wiedniu w mieszkaniu Celika w momencie, kiedy agenci KGB werbują potencjalnego zamachowca, Celik podaje agentom, a więc nieznajomym sobie ludziom, jakiś okolicznościowy napój do wypicia.

Nie wiemy, co to jest, być może jest to herbata, albo jakiś wywar.

Nie jest to w tym momencie istotne.

Ważne jest natomiast, że żaden szanujący się agent, czy też jakikolwiek szpieg, przy tego typu spotkaniach nie weźmie ani do picia, ani do jedzenia niczego, co nie pochodziłoby z dobrze sprawdzonego źródła.

Obowiązuje w tego typu środowiskach, być może nieznana nam reguła tzw. ograniczonego zaufania.

A więc, kolejny błąd w sztuce.

No tak, ale musimy przyznać, że trudno było z kimkolwiek skonsultować charakterystykę tej sytuacji.

Sam Celik został przecież skutecznie wyłączony z procesu i o ile sobie przypominam został otruty, a od agentów werbujących potencjalnego zamachowca, w kwestii konsultacji tej sceny też chyba niewiele się dowiemy.

Nawet gdyby ci panowie odnaleźli się, to przecież i tak mogą zwalić całą winę na Alego Agce, mówiąc, że działał samodzielnie.

Nieprawdaż?

Niezła jest również scena, w której Ali Agca budzi się z rana i przygotowuje do zamachu na papieża.

Wyrwany jest ze snu w okolicach godziny szóstej rano, co w symbolice liczb ma również swoje znaczenie i diaboliczną wymowę.

W dalszej części filmu, na uwagę zasługuje dobry zabieg warsztatowy w czasie przemówienia Karola Wojtyły, przy okazji jego wizyty w Polsce-ułożenia na ekranie dwóch twarzy, właśnie jego papieża i agenta bezpieki.

Nakładają się na siebie i dochodzi do konfrontacji dwóch sprzecznych ze sobą postaw moralnych i interesów społecznych; dobra i zła, wyzwolenia do życia w prawdzie i poszanowania godności ludzkiej i ciągłej próby usiłowania zniewolenia człowieka, odrzucania słów Boga i zagłuszenia swojego głosu sumienia.

W końcu esbek nie wytrzymuje.

Wyłącz to, mówi kilkakrotnie do realizatora.

Dobra i wymowna scena.

Na uwagę zasługuje również scena z matką zmarłego chłopca.

Ukazany jest w niej Karol Wojtyła jako autentyczny świadek Bożej opatrzności i niezłomny obrońca Jego, Boskich wyroków: „On był przy tobie, kiedy twój syn umierał, On i tak nie posłuchałby, cokolwiek nakazałbym Jemu uczynić” – przytaczam słowa Karola Wojtyły.

Bardzo dobrze jest również zrealizowana scena, kiedy to na jednej z wysp Senegalu, Karol Wojtyła będąc w grocie i to tej, skąd wywożono w świat rdzennych mieszkańców Afryki, czyniąc ich niewolnikami obcych nacji i obcych narodów, wypowiada pełne bólu słowa o winie tych, którzy dopuszczali się tego typu czynów.

I ubolewa Karol Wojtyła nad tym postępkiem, uświadamiając nam jednocześnie, że winnymi tego nadużycia byli ludzie, którzy dostąpili łaski chrztu świętego.

Scena ta ma również bardzo głęboką symbolikę teologiczną.

Namiestnik Chrystusowy na ziemi, tym razem w osobie Jana Pawła II, wypowiada te słowa u brzegu morskich fal, a więc na podobieństwo jak apostoł Piotr, który usłyszał nad brzegiem Morza Tyberiadzkiego od Chrystusa już wtedy zmartwychwstałego, słowa wezwania do tego, aby prowadził lud Boży i miał pieczę nad wyznawcami Jezusa, nad Jego Kościołem.

Wezwaniu temu, możemy się tylko domyślać, podobnie jak w przypadku tej sceny, towarzyszył również szum fal i łagodny powiew wiatru.

Scenę tę, uznania win ludzi Kościoła, losu wygnanych ze swojej rodzinnej ziemi, odbieram jako przygotowanie do późniejszego już oficjalnie i publicznie wypowiedzianego przed całym światem przeproszenia ludzkości za grzechy i nadużycia Kościoła.

I niech nikt mnie nie usiłuje nawet przekonywać, że do podobnego gestu, byłby zdolny ktoś inny, niż pochodzący z plemienia Słowian.

To doprawdy opatrznościowe, że Kościół Chrystusowy w XXI wiek wprowadzał ktoś z narodu, który przez wieki zaznał tak wiele cierpienia, nie zatracając jednocześnie swojej wiary i dochowując wierności Bogu.

Tylko ktoś z takiego narodu, rozumiał potrzebę uczynienia podobnego gestu i nań się zdobył.

A wracając raz jeszcze do nakreślonego na samym początku planu filmu, to muszę przyznać, że był on bardzo pomocny w realizacji samego dzieła.

Poprzez częste odwołanie do losów zaanonsowanych wcześniej postaci, pozwalał utrzymać rytm, dramaturgię i ciągłość akcji filmu, a przede wszystkim sprawiał, że nie czuliśmy się ani zmęczeni, ani znużeni.

Zwracam również uwagę na po mistrzowsku wkomponowany w tym filmie wątek z dziedziny etyki moralnej, a więc tej dziedzinie, w której Karol Wojtyła był ekspertem.

A zatem: poruszenie problemu AIDS, poszanowania i uznania godności kobiety, etyki seksualnej.

I na absolutnie doskonałe przy tej okazji sceny popisu sztuki aktorskiej w wykonaniu Piotra Adamczyka i Lesle Hope, tajemniczej Julii, damy z Montrealu, wolontariuszki posługującej biednym i opuszczonym w Afryce.

Hm, i gdyby nie jedno dosyć drewniane ujęcie poruszania się aktorki, to na tarasie po konferencji z papieżem, wszystkie sceny z jej udziałem, mogłyby być uznane za absolutnie doskonałe w sztuce gry aktorskiej.

A teraz, w tej części recenzji pozwolę sobie na kilka słów niezależnych od treści filmu refleksji.

Otóż, w czasie, kiedy przez agentów Kremla przygotowywany jest zamach na Człowieka w Bieli, z ekranu padają przy tej okazji bardzo znamienite słowa, uświadamiające nam, że również i w Watykanie działają i to w sposób prężny i bardzo dobrze zorganizowany agenci obcych wywiadów.

Nie jest oczywiście tajemnicą, że w świecie istnieje sekretna organizacja o nazwie masoneria, której celem w założeniach jest zniszczenie Kościoła Chrystusowego.

I to właśnie oni w czasie pamiętnej pierwszej wizyty papieża w Meksyku, dzierżyli władzę nad tym krajem.

A jej przedstawiciele-agenci, masonerii, podobnie jak agenci obcych wywiadów, niekiedy w powiązaniu ze sobą, działają w Watykanie i to niekiedy w bezpośredniej bliskości samego papieża.

Przyjrzyjmy się im zatem.

Przede wszystkim zwróćmy baczną uwagę na prześladowanych dysydentów z regionu Azji, którzy to w jakiś niepojęty i cudowny sposób po latach spędzonych w odosobnieniu, we więzieniach, obozach pracy i ocalałych z prześladowań komunistów, po emigracji zasiadają teraz gdzieś w urzędach Watykanu.

Dla nas Polaków, ci ludzie, kim tak naprawdę są powinno być jasne i klarowne.

Ci ludzie, to nie, kto inny jak tylko agenci bezpieki.

Ci prawdziwi opozycjoniści systemu komunistycznego, nigdy nie ujrzeli światła dziennego i w zapomnieniu dokańczali dni swojego życia, zamknięci gdzieś tam we więzieniach i obozach pracy, z których nigdy nie zostali zwolnieni.

Odeszli w zapomnieniu.

Podobną zasadę rozumowania należy przyjąć również w odniesieniu do niektórych osobników, tych w sposób cudowny wyświęconych na kapłanów w okresie komunizmu w krajach postkomunistycznych Europy wschodniej, a obecnie również wykorzystywanych jako agentów bezpieki.

„Kapłani” ci, przynajmniej niektórzy z nich dzisiaj, kiedy już nic nie stoi na przeszkodzie, aby nosić strój zakonny, nie założą jednak sutanny i chodzić będą ciągle ubrani pod krawat.

A po to, aby uwiarygodnić przed otoczeniem swoją pozycję, (bo kto wie, kim oni są, to wie), ograniczają się jedynie do okolicznościowego, niekiedy kilkugodzinnego nawiedzania Najświętszego Sakramentu i opowiedzenia kolejnej zmyślonej historyjki z okresu ich wyimaginowanego uwięzienia, czy też internowania.

Będą też opowiadać historyjki o tym, jak to w obozowym baraku, już po zgaszeniu świateł sprawowali, na kawałku chleba i kropli wina w dłoni, wina dostarczonego przez przyjaciół, (ciekawe, jakim sposobem i w jaki sposób to wino przechowywali), Najświętszą Ofiarę.

Dziwne, że w różnych częściach świata ciągle opowiadana jest ta sama historyjka i niezmiennie w taki sam sposób.

No cóż, widocznie nie śledzą oni i nie czytają tego, co sami opowiadają.

Nie dajmy się zatem nabrać na te opowiastki.

Nie pozwólmy się zwieść.

Przerabialiśmy już wielokrotnie w dziejach naszej historii podobne przypadki i wiemy, na czym polega i czemu służy na przykład tzw. kontrolowana opozycja.

A więc historia z rodzimym KOR-em, czy też kontrolowanymi odłamami „Solidarności”.

Innymi słowy, grupą teoretycznych oponentów systemu, ludzi wyselekcjonowanych i starannie przygotowanych na usługi i w służbie tej samej, której teoretycznie są oponentami ideologii.

Wydaje mi się, że twórcom tego filmu udało się ukazać grupę tych ludzi.

To w filmie ci na twarzach, których maluje się niepokój i zmieszanie, brak pewności siebie, kiedy rozmawiają twarzą w twarz z Karolem Wojtyłą i stoją naprzeciw niego.

To ci, którzy, jeżeli powierzone zostanie im jakiekolwiek zadanie do wykonania, zawsze i niezmiennie przesuwać będą w czasie termin jego realizacji.

Najchętniej odsunęliby ten czas w nieskończoność, wykazując w końcu niemożliwość, nieaktualność, lub też bezsens i bezzasadność realizacji tego zamierzenia.

Taki sposób postępowania to również jeden ze sposobów walki z Kościołem.

Reasumując zatem, co jest mocną, a co słabą stroną filmu?

Ogólnie film oceniam jako doskonały.

Podkreślam raz jeszcze, że bardzo pomocny w jego realizacji dla twórców i dla nas, jego odbiorców jest pomysł z planem umieszczonym na samym jego początku.

A wyborowa ekipa aktorska z Michele Placido w roli lekarza, Alberto Cracco jako kard. Casarolli, Alkis Zanis w roli Ali Agcy i wspomniana Lesle Hope, nadają temu dziełu jeszcze większej klasy i wiarygodności.

Wyróżniam również bardzo dobre aktorstwo Piotra Adamczyka, szczególnie kreującego Karola Wojtyłę już jako starca.

Tak, aktorstwo w filmie określam jako na najwyższym poziomie, być może tylko z wyjątkiem kilku nieudanych scen, a zaliczam do nich nieco groteskowy sposób ukazania sióstr zakonnych i niektórych przedstawicieli kleru.

Jest jednak kilka scen, które mimo wszystko wymagałyby pewnego retuszu i dopracowania.

Mam na myśli, przede wszystkim to nieszczęsne ujęcie sióstr zakonnych czuwających przy umierającym Janie Pawle II.

Scena ta tchnie nieautentycznością i jest nieprawdziwa.

Jedna z sióstr niepokojąco czuje na sobie kamerę, a inna, wylewa łzy w jakimś dziwnym grymasie uśmiechu.

Nawet, jeżeli w rzeczywistości jedna z nich reagowała w ten sposób, scenę tę należałoby chyba jednak nieco podretuszować.

No, ale niestety jest to maniera i nawyk ludzi, którzy piszą i tworzą o Kościele.

Powtarzam to po raz kolejny.

Przedstawiają oni nas, ludzi kościoła w nieco cukierkowaty i nienaturalny, oderwany od rzeczywistości sposób.

No cóż, zaważa na tym domniemywam, brak wystarczającej konsultacji z przedstawicielami duchowieństwa w czasie realizacji filmu.

Zwracam również uwagę na klarowne i jednoznaczne ukazanie poszczególnych postaci w tym filmie.

Ich portrety psychologiczne, każdej z nich są klarowne i jednoznaczne.

A więc odnajdujemy kompetentnego i stanowczego w swoich decyzjach lekarza, konsekwentną w swoim postępowaniu wolontariuszkę z Ugandy, nieugiętego w obronie biednych i uciśnionych biskupa Romero, i…?

No właśnie.

I co dalej?

Jaki kolejny portret psychologiczny proponują nam twórcy filmu?

To chyba nieprzejednany w swoich przekonaniach i postawie zły człowiek.

Patrz, esbek i nieco prymitywny w sposobie bycia i w swojej osobowości, sprawiający wrażenie nieco zaszczutego człowieka niedoszły zabójca Jana Pawła II, Ali Agca.

Oni pozostają takimi, jakimi są i na jakich ukazanie ich zasługują.

Twórcy filmu, ani nie starają się o to, aby ukazać ich w lepszym świetle, ani wyjaśnić motywów ich postępowania, ani tym bardziej czynów ich usprawiedliwić.

Dlaczego o tym problemie nadmieniam i dlaczego o tym piszę?

Otóż, ponieważ przy okazji opracowywania jakiejkolwiek recenzji, mam w zwyczaju odnieść się również do twórczości filmowej naszych rodzimych reżyserów, dlatego też śmiem twierdzić, czy też nawet mam absolutną tego pewność, że przy okazji powstawania podobnego dzieła, realizowanego przez naszych twórców filmowych, u nich nieuchronnie pojawiłby się wątek nawrócenia złego człowieka, patrz. esbek, albo Ali Agca, lub chociażby sama tylko próba ukazania teoretycznej i domniemanej zmiany sposobu ich życia.

I obojętne, czy takowe nawrócenie miałoby miejsce w rzeczywistości, czy też nie.

To dla naszych rodzimych twórców nie ma żadnego znaczenia.

Najważniejsze, aby zaznaczyć taki wątek, bo teoretycznie mogłoby się tak stać.

Ładniej by to wyglądało i pasowało do całości filmu.

Film byłby jeszcze bardziej przejmujący, ubogacony i taki motyw dodałby/dodawałby jemu jeszcze uroku.

Co za piękna i przejmująca idea – potencjalne nawrócenie złego człowieka?

A co za pomysłowość autorów.

No, bo tak teoretycznie przecież mogłoby się zdarzyć.

Nieprawdaż?

Przecież mamy tak wiele przykładów/przypadków nawróceń w historii.

A życie, odnoszę wrażenie jest chyba niestety bardziej prozaiczne.

To raczej dobrzy ludzie łatwiej stają się lepszymi, a źli pozostają takimi, jakimi są.

Zresztą nieważne, nie czas i miejsce na tego typu rozważania.

I jak znam naszych twórców filmowych, że powrócę raz jeszcze do tego wątku, bylibyśmy tradycyjnie uraczeni przynajmniej jednym epizodem, albo nieudolnie i na siłę zrealizowanego wątku nawrócenia złego człowieka, albo jego próbą samobójczą.

A już na pewno jakimś tam nieprawdziwie i tchnącym sztucznością zrealizowanym portretem zabójcy.

Ot, taka ucieczka od tematu, bo brak kompetencji w zrealizowaniu dzieła od początku, aż do samego końca w sposób porządny i klarowny, co więcej zrozumiały dla widza.

Dlatego też wszystko musi być pogmatwane, zrelatywizowane, poddane w wątpliwość i tzw. ocenie samego odbiorcy.

A wynika to ze słabości twórców samego filmu.

Wielowątkowość jest w tym przypadku jednym z ich elementów mechanizmu samoobronnego.

Bo o wiele trudniej jest stworzyć dzieło od początku do samego końca jasne i przejrzyste.

I to żenujące i od lat to samo tłumaczenie, że niemożliwym jest w ograniczonym czasie projekcji filmu ogarnąć cały problem, należy zatem wszystkie je co nieco i po trochu pozaznaczać.

Zwracam uwagę raz jeszcze i podtrzymuję moją wcześniejszą opinię, że mocną stroną tej ekranizacji filmowej są jednoznaczne portrety psychologiczne jego postaci.

Muszę jeszcze przyznać, że dwukrotnie przy okazji tego filmu parsknąłem śmiechem.

Pierwszy raz, kiedy Karol Wojtyła przechodząc obok jednego z żołnierzy gwardii szwajcarskiej, zapytał go o jego imię.

Przypomniało mi się wówczas pewne zdarzenie z mojego życia, kiedy to będąc na placu św. Piotra na jednej z audiencji w chwili zapomnienia i w odpowiedzi na salutowanie gwardzisty pozdrowiłem go, zadając jednocześnie pytanie, skąd jest.

W odpowiedzi usłyszałem, że ze Szwajcarii.

No tak pomyślałem sobie, zanim coś powiesz, dobrze przedtem to przemyśl.

A po raz drugi parsknąłem śmiechem wtedy, kiedy to Jan Paweł II wyraził swoją opinię o Billy Clintonie.

Hm, no cóż, Billy sam sobie jesteś winien.

A że zapytam jeszcze, czy twarz Karola Wojtyły po próbie zamachu na jego życie, była rzeczywiście już tak bardzo zniszczona i postarzała?

A dlaczego ta mała dziewczynka w ujęciach z Ugandy, ta pierwsza po prawej stronie ekranu, jest tak bardzo przestraszona widokiem papieża i nieco zagubiona?

A tym, którzy zarzucają, że na ekranie kinowym starzeje się jedynie Karol Wojtyła odpowiadam, że jest to film o Janie Pawle II i jego Pontyfikacie, a nie o jego otoczeniu.

A swoją drogą, abstrahując od sposobu ukazywania starości samego Jana Pawła II na ekranie, to daje mi wiele do myślenia treść napisanej przez niego kartki w kilka chwil przed śmiercią.

Jan Paweł II napisał, „Co wyście ze mną zrobili?”.

Co miał na myśli, on heros wiary, niegdyś tężyzny fizycznej, atleta Boży?

Czyżby uważał, że proces starzenia się jego organizmu przebiegał zbyt gwałtownie i nie w sposób naturalny i zbyt gwałtownie stawał się na naszych oczach zniedołężniałym starcem?

I czy był to tylko skutek uboczny przyjmowanych leków?

Być może kiedyś się tego dowiemy.

I zapytacie zapewne, dlaczego mojej recenzji nadałem tytuł – „Obyś żył wiecznie, tak jak Polska”?

Otóż, na jednej z audiencji na placu św. Piotra, pozdrowiłem Jana Pawła II właśnie tymi słowy.

W zamian otrzymałem od niego, jego papieskie błogosławieństwo.

Pozostało ono we mnie z mocą do dzisiaj.

Hm, a że zapytam, czy moc owego błogosławieństwa jest zauważalna w tym opracowaniu?

Z misjonarskim pozdrowieniem.

 

wszelkie prawa zastrzeżone

autor i opracowanie: O. Marek Mularczyk OMI

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s